Duch Depeszów

Depeche Mode nagrali nową płytę. Nakręcili fanów, wypuścili longplaya, jadą w trasę i (już) liczą kasę. „Od kontraktu nie ma odwrotu” – ludzie i tak to kupią. I kupują.

Pierwsze miejsce bestsellerów typu „pre-order” internetowego oddziału sklepu na „e” przez kilka tygodni okupował „Spirit”. Wreszcie – wyciek (FLAC!!!), po nim – premiera. Rzesze fanów z polskiego forum rzuciły się do wyścigu pod nazwą „kto pierwszy kupi??”, a ja sobie tyrałem nad korpoprojektami, aby na spokojnie, w poniedziałek, dzień dla mnie wolny od pracy odebrać zamówienie, popieścić nowe woskowe krążki, umyć i odsłuchać.

depeche mode spirit

No więc – jest. Świeżutki, nowy, czternasty studyjny album grupy. Jak brzmi? Świetnie. Trio podziękowało za współpracę (nareszcie!!!!) Benowi Hillierowi i zatrudniło świeżą krew, Jamesa Forda – i to słychać.

Dźwięki nie są natarczywe, brzmienie jest wygładzone, bas nie bombarduje, zgrzytanie nie atakuje, przestery – mimo, że są – utrzymane na poziomie akceptowalnym. Pod względem produkcji bliżej tutaj jest (na szczęście) albumom „Ultra” czy „Exciter” niż „Playing The Angel” czy porażce pod tytułem „Songs Of The Universe”.

No dobrze, a zawartość muzyczna? Cóż…

Od wydania albumu „Ultra” zauważam pewną prawidłowość: co drugi album Depeszów sprawa wrażenie nagranego na „odczep się”. Tak było z płytami „Exciter” czy przeokropnym „Songs Of The Universe” – najsłabszym albumie w całej dyskografii. Tak, nawet „Speak and Spell” puszczam sobie częściej.

Teoretycznie więc „Spirit” wpisuje się w konwencję jako słaba płyta. Reguła się potwierdza, sinusoida jest i mamy słabszy album od „Delta Machine”. Na szczęście jest to lepszy album od „Exciter”, a od „Sounds…” dzielą go na szczęście Himalaje poziomu artystycznego i produkcyjnego.

Zacznę od bardzo słabych punktów. O ile „Delta Machine” miała jeden, o tyle tutaj są aż cztery. Jako „stary depeszowiec” z przykrością stwierdzam, że Martin powinien darować sobie już jęczenie na płytach swojego zespołu i zostawić główny wokal Dave’owi.

Dowodem na to niechże będą dwa numery, na których udziela się wokalnie: „Eternal” i „Fail”. Niech mi zespół dziękuje, że mam ich album na winylu, bo w wersji kompaktowej od razu byłby przeskok do następnego po „Eternal” kawałka.

Martin jęczy, smęci coś o cierpieniu, w tle jakieś zgrzyty, sprzężenia, harmonijki elektroniczne, a mnie szlag trafia, że muszę przemęczyć te prawie trzy minuty. Najsłabszy numer na płycie. Po co on się w ogóle na niej znalazł?

„Fail” – już lepiej, ale minimalnie, naprawdę. Jeśli za przykład jak spieprzyć całkiem niezły numer miałby służyć któreś z nagrań z tej płyty, to właśnie ten. Ostatni na płycie, ma potencjał na epickie zakończenie na miarę „Higher Love” z Songs Of Faith And Devotion albo „Insight” z „Ultra”.

Nawet podobnie jak „Insight” się zaczyna, atmosfera już zaczyna się budować, aż tu nagle niszczy ją z konsekwencją operatora buldożera pracującego przy rozbiórce budynku wokal Martina. Tutaj aż się prosi o dynamiczny, acz wyważony baryton Dave’a – tak jak w „Insight”. Ale nieee, dwie „martinowe ballady” MUSZĄ być – więc są. Słabe, o jakości odrzutów z sesji nagraniowej – ale tradycja musi być…

Jest tylko jedno „ale” – pozytywne: zgrzyty, wiertary i walające się rury włącznie z bitem brzmiącym niemalże jak „People Are People”! I tylko to wokalne smędzenie Martina rujnuje odbiór… dlaczego, Martin, DLACZEGO???!?!?

Dwa kolejne, słabe utwory: „Poison Heart” i „So Much Love”.  Na wokalu Dave.

Pierwszy – smęcąco-nudząca ballada, nijaka, w ogóle nie zapadająca w pamięć, odpływająca ze świadomości słuchacza wraz z wyciszeniem ostatniego dźwięku. Nawet notatki robione „na gorąco” nie pomagają. Odrzut. Stracony czas przy produkcji. A – zapomniałbym: smęcenie jest podwójne, bo chórki robi Martin.

Drugi – cóż… Ktoś kiedyś napisał, ze jeśli artysta zaczyna cytować samego siebie, to cofa się w swoim rozwoju twórczym. Rozumiem sentyment za analogowymi syntezatorami, ale żeby powielać „Soft Touch/Raw Nerve” z „Delta Machine” po raz drugi pod postacią „So Much Love” na „Spirit”?? Przesada, panowie, tak się nie robi – oba numery brzmią identycznie, nawet bit i linia basu jest ta sama… Ech… szkoda na to słów…

depeche mode spirit 2

Teraz kolej na płytowe „średniaki”: „You Move” i „Poorman”.

Pierwszy to taki typowy wypełniacz płytowy, nie wywołuje żadnych emocji, nie zapada w pamięć, nie denerwuje, nie raduje, nic. Żyje własnym życiem i przemija.

Z drugim jest trochę lepiej. Ten utwór ratuje tekst. Ach, gdyby tutaj się przyłożyli produkcyjnie, gdyby dali więcej do gadania producentom i programistom – „gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka” byłoby drugie „Everything Counts”. A tak mamy brzmieniowego średniaka z wybitnym tekstem o korporacyjnym wyzysku na miarę dwudziestego pierwszego wieku. Tytułowy biedny człowiek jest bowiem typowym popychadłem najniższego szczebla, ofiarą korporacyjnej spychologii decyzyjnej, który na profity znajdujących się na górze włodarzy musi harować, aby przy okazji zapewnić sobie jako taki byt… Brzmi znajomo?

Wreszcie – mocne numery. Jest ich sześć – połowa albumu, dla której mimo wszystko warto go posiadać. Bo ta połowa wysadza słuchającego w powietrze, bombarduje go z siłą pocisku amerykańskich sił powietrznych „Tomahawk” i rozjeżdża z mocą rosyjskiego czołgu Armata, wynagradzając werterowskie cierpienia słuchacza, skazanego na opisane wcześniej wypełniacze.

„Going Backwards”. Absolutna, tekstowa i muzyczna rewelacja. Zgorzkniała refleksja liryczna o cywilizacyjnej regresji w imię nacjonalistycznych, chorych ambicji.

Singlowe „Where’s The Revolution” – o zawodzie, jaki ludzie sprawiają samym sobie.

„The Worst Crime” – o nienawiści w stosunku do ludzi o odmiennych poglądach, wierze, orientacji, zainteresowaniach, wyglądzie.

„Scum” – o nawoływaniu do rewolty gnębionych przeciwko gnębiącym.

„Cover Me” – błaganie o schronienie, zabranie w inne miejsce, bez zmartwień, wyłącznie w celu zaspokojenia własnego pożądania.

I „No More (This Is The Last Time)”, rewelacyjny, depeszowski odpowiednik „Rolling In The Deep” Adele, o wygasającym uczuciu i odchodzeniu od drugiej osoby, którą kiedyś się kochało.

Takich Depeche Mode, jak w tych sześciu numerach są, ubóstwiam. Bezkompromisowych. Miażdżących. Zgorzkniałych. Puentujących rzeczywistość z dozą typowej, angielskiej flegmy, której nie stracili pomimo mieszkania w Stanach Zjednoczonych.

Gdyby ten album składał się z tych sześciu utworów, dwóch średnich wypełniaczy i jednego „instrumentala” zamiast „Eternal” – byłby genialny. A tak jest tylko kolejnym po udanym „Delta Machine” potwierdzeniem reguły.

Reguły która mówi, że po udanym albumie Depeche Mode, kolejny będzie słaby.

Na szczęście nie jest to porażka na miarę „Sounds Of The Universe”.

Ilość utworów na płycie: 12. Mocnych: 6. Słabych: 6. Ulubiony: „No More (This Is The Last Time)”.

Woskowe reminiscencje

Wino buzuje w głowie. Zarywam noc. Tak jakoś mam. Wzięło mnie na „samochwałkę” – że co to ja niby nie mam na winylu. I tak dalej, i tak dalej…

Właśnie – „na winylu”. Dlaczego akurat ten nośnik tak sobie upodobałem?

Po pierwsze: fajnie wygląda. Serio.

Obserwujesz odtwarzanie muzyki. Mechanicznie. Żadne cyfrowe zero-jedynki, kompresje bezstratne i takie tam…

No dobra, stuprocentowym, analogowym anarchistą nie byłem, nie jestem i nie będę. Stuprocentowych analogów już nie ma – chyba, że uda się zaopatrzyć w coś z tak zwanej „epoki”, z lat 70-tych ubiegłego wieku i wcześniej.

Poza tym – mam takie zboczenie: lubię obserwować jak się płyta kręci. Kłaść igłę na rozbiegówce. Patrzeć, jak ramię zmierza do końca dobiegówki, a potem unosi się i wraca na miejsce. Zresztą – zobaczcie sami:

bez2blimitu2bgramofon

Po drugie: wosk brzmi lepiej. Serio.

Zrobiłem niedawno eksperyment: posłuchałem jednej z moich ulubionych płyt, „Ultra” Depeche Mode. Najpierw z kompaktu, potem z winyla. Winyl miał to „coś” – duszę, czucie, miękkość dźwięku, łagodność… Kompakt brzmiał syntetycznie, agresywnie.

Po trzecie: wosk jest trwalszym nośnikiem. Serio.

Gdzieś niedawno widziałem artykuł o tym, jak najstarsze płyty kompaktowe, mające około 30 lat, przechowywane w normalnych, domowych warunkach zaczęły się utleniać, przez co nadawały się na śmietnik. Podobno proces spowalnia… przechowywanie kompaktów w lodówce. Ha, ha, ha…

Można się z tego śmiać, artykuł artykułem – weźmy przykład empiryczny. Mój. Własny.

Kilka miesięcy temu wyciągnąłem z półki swój egzemplarz „The Downward Spiral” Nine Inch Nails – na kompakcie. Bez oglądania płyty włożyłem do odtwarzacza. Wszystko było w porządku – do ostatniego numeru. „Hurt”. Zaczęły się jakieś przeskoki i dziwne akcje, po czym odtwarzanie zostało całkiem przerwane…

Wyciągam płytę  – i co widzę? Czarne, regularne plamki na brzegach. Na płycie kompaktowej, która ma mniej niż 20 lat.

Dla porównania – mam w swojej kolekcji płyty winylowe, które są starsze ode mnie. Grają świetnie, nie przeskakują, z paroma wyjątkami nie trzeszczą…

Po tej całej tyradzie, przejdę do rzeczy, żeby Cię, drogi Czytelniku, nie zanudzać. Co tam, pochwalę się. Komercha totalna, zero jakiegokolwiek „andergrandu”.

U2 „The Joshua Tree”

u2-joshua-tree

Mówiłem, że tak będzie. Komercha do sześcianu. Płyta, na temat której napisano w prasie i w sieci W S Z Y S T K O.

U2 poznałem dzięki „Wideotece”. Redaktor Krzysztof Szewczyk wygrzebał skądś klip do „Pride (In The Name Of Love)” i puszczał go do znudzenia. Cholernie mi się ten numer spodobał. The Edge grał na gitarze w sposób, w jaki nikt inny przed nim tego nie robił – no i Bono z fryzem typu „czeski piłkarz” wersja bez wąsa.

…no dobra, a „Drzewo Jozuego”?

Najpierw miałem na kasecie. Legalnej. Kupionej w USA. Katowanej do znudzenia na zakupionej za pierwsze zaoszczędzone dolary „wieży” Technicsa, która nawet po nocach mi się śniła. Rodzice nie mieli ze mną łatwo.

Kaseta gdzieś przepadła, w tak zwanym międzyczasie wzięła mnie zajawka na bycie DJ-em, której poświęciłem dziesięć kolejnych lat, 1997 – 2007, o ile mnie pamięć nie myli. Może kiedyś o tym tutaj napiszę – fajnie było…

Spontaniczny powrót do Polski, koniec kupowania maksi-singli transowych na winylach, ale za to początek kolekcjonowania longplayów. Gdzieś, kiedyś pojawiło się na „fejsie” ogłoszenie jednej pani, która sprzedawała kolekcję płyt swojego ojca. Na liście – „The Joshua Tree”. Napisałem, przelałem odpowiednią kwotę, przyszła. Tłoczenie jugosłowiańskie. Gra świetnie.

…i ciąglę męczę tę płytę i nie mogę bez niej żyć. I wciąż mam ciary na plecach, jak słyszę ten szum przechodzący w melodię syntezatora, narastającą, w którą następnie wbija się z impetem gitara The Edge z jedynym w swoim rodzaju brzmieniem… A po niej – sekcja rytmiczna… i na końcu Bono ze swoim wywodem, jak chce uciekać i się chować, i rozwalać mury, które go trzymają w środku…

The Prodigy „Music For The Jilted Generation”

prodigy

Nie, nie jestem tym spośród 98% fanów The Prodigy, którzy zespół poznali przy okazji premiery „Firestarter” w MTV.

NIE!!!

Rok 1992. Piracka kaseta firmy „TaKT”, składanka Techno Traxxx numer bodajże 7 albo 8. „Everybody Is In The Place (155 And Rising)”. Właśnie tak poznałem The Prodigy.

…a potem – „Stany, Stany, fajowa jazda…” [c] Mungo Staszczyk, sklep płytowy, biała okładka, album „Experience”. Zapodałem koledze – wielbicielowi hip hopu, takiego „z bejssem, bo bejss musi być”. Miny do dziś nie zapomnę: „ty, CO TO, KURWA, JEEST??!?” No, właśnie, TO!

…a jeszcze potem – „No Good (Start The Dance)” jako zajawka kolejnego albumu, na jakiejś disco-składance typu „Popcorn Hits” albo coś w ten deseń. Na szczęście wytwórnia XL Recordings miała dystrybutora w Stanach i „Music For The Jilted Generation” ukazała się niemal natychmiast po europejskiej premierze.

I ja – naturalnie – musiałem ją kupić.

Spodobała mi się od pierwszych dźwięków. Syntetyczne smyczki, typowe dla Liama Howletta i wsamplowany Pierce Brosnan z „Kosiarza umysłów” (debilowi, który tak dennie przetłumaczył oryginalny tytuł „The Lawnmower Man” należy się dożywotnia banicja do łagru syberyjskiego) – i poszło…

Polskie wydanie winylowe jest FATALNIE zapakowane, po taniości, byle zedrzeć ka$ę. Dlaczego nie zrobiono gatefoldu z pięknym, anarchistycznym malunkiem, z którego słynie oryginalne wydanie?

Na szczęście tłoczenie broni się samo…

A muzyka – po upływie ponad dwudziestu lat – wciąż brzmi świeżo.

„I got a poison! I got a remedy!”

Metallica „Master of Puppets”

metallica_master_of_puppets

Tak, jestem tym frajerem, który Metallikę poznał przy okazji „Enter Sandman”.

Tak, jestem tym dzieciakiem, który rwał laski do przytulanego jak zapodawano „Nothing Else Matters” na potańcówkach w ogólniaku (III L.O. im. C.K. Norwida, Rzeszów reprezent!).

Tak, jestem tym ZŁYM, który miał „czarny album” przed innymi płytami zespołu. Hejtujcie.

Tak, uważam, że „Master of Puppets” to ich najlepszy album w historii.

Nie, nie lubię „Load”, „Re-Load” i „Garage Inc.”.

Tak, uważam, że na „St. Anger” Lars wali pałą w wiadro. Nie cierpię tej płyty.

Tak, lubię „Ride The Lightning”. Nie, nie lubię „Kill’em All” – pomimo, że na niej jest „Seek & Destroy” (notabene jedyny numer z ich debiutu, jaki mi się podoba).

Tak, lubię „Death Magnetic”, „…And Justice For All” i „Hardwired To Self-Destruct”.

Iron Maiden „Seventh Son Of A Seventh Son”

iron_maiden_7th_son

Jak ja się cieszę, że dorastałem w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Dzięki temu ominął mnie „pudel metal” z Ameryki (poza „Final Countdown”, ale to nie z Ameryki), a pierwszym heavymetalowym numerem, jaki usłyszałem w swoim życiu był „Run To The Hills” w trakcie przygotowań do „komersu” w siódmej klasie podstawówki.

Jakoś tak się jednak moje życie potoczyło, że zostałem „depeszem”. Nie, nie miałem „lotniskowca” na głowie, nie nosiłem skóry i białych dżinsów.

Dobra, miało być o „ajronach”, więc będzie.

Ziarno zostało zasiane w momencie, kiedy usłyszałem w „poczekalni” Listy Przebojów „Trójki” „Be Quick Or Be Dead” – strasznie mi się ten numer spodobał. Kwintestencja metalu w moim pojęciu: cholernie szybko, cholernie gitarowo ciężko, męski wokal z „zaśpiewem”. Cały Bruce w swojej „brusowatości”.

Dziś mam wszystkie albumy Iron Maiden z lat osiemdziesiątych. „Siódmy syn” okazał się być moim faworytem – jest w nim coś… ujmującego, gotyckiego, tajemniczego… Nie ma hiciorów, jak „Number Of The Beast”, tylko tą… ATMOSFERĘ. Trudno mi to inaczej opisać po trzech lampkach wina…

Florence + The Machine „Ceremonials”

florence_ceremonials

Florence…

Absolutny muzyczny ideał. Płyta dekady. Klasyka indie-rocka, czy gdzie tam ją tak zwani „specjaliści-dziennikarze-znawcy” zaszufladkowali. Nie wiem, gówno mnie to obchodzi.

Jak usłyszałem pierwsze dźwięki „What The Water Gave Me” – odleciałem. Miała mnie w tym momencie. Wiedziałem, że tę płytę MUSZĘ mieć.

I mam. Żadne słowa nie wyrażą tego, co do tej muzyki czuję. W czasach, kiedy wydawało się, że nikt już nic nowego w muzyce gitarowej nie wymyśli, pojawiła się ona i jej kumpela – i pozamiatały. Koniec, kropka.

Posłuchaj, Drogi Czytelniku, „Ceremonials”, a jeśli jesteś wrażliwą na piękno i emocje osobą – zrozumiesz.

Depeche Mode „Violator”

depeche-mode-violator

Ach, taak… Depesze…

Mieszkałem w Nowej Wsi. To taka miejscowość pod Rzeszowem, sąsiadująca z lotniskiem w Jasionce.

Sąsiad miał chyba jeden z pierwszych we wsi zestawów hi-fi. Wystawiał kolumnę przez okno – i leciało chyba wszystko, co miał nagrane z ich dotychczasowego katalogu.

Istna kakofonia to była. Jakieś walenie w rury, jakieś gwizdy, piszczałki, basowy wokal prawie-wrzeszczący momentami… Melodii jakoś wtedy nie wyłapywałem… Bach, bach, bum, jeb, rurururururururu, masterendserwant…

Na moje nieszczęście mój kuzyn Robert, u którego czasami przesiadywałem, mega-jarając się najpierw jego (imponującą) „wieżą” ZRK Kasprzak, a potem (jeszcze bardziej imponującą) Technics – również na kasetach miał prawie-tylko Depeche Mode.

Pewnego dnia coś się zmieniło.

Byłem chyba w ósmej klasie podstawówki. Spodobał mi się numer „Policy Of Truth”.

Potem gdzieś usłyszałem „Enjoy The Silence”. Też mi sie spodobało…

Depeche Mode „Black Celebration”

depeche-mode-black-celebration

…a potem była ta wigilia Bożego Narodzenia u chrzestnej. Typowy, nudny zjazd rodzinny…

W pewnym momencie, już po części oficjalnej, zacząłem oglądać płyty długogrające mojego kuzyna Grześka. Pamiętam, że miał Maanam „Nocny patrol”. Maanam już wtedy lubiłem – na „szlifierce do płyt” Unitra Fonica Artur Stereo katowałem „O!” i „Mental Cut” tego zespołu. Podobała mi się muzyka – taki rock „środka” łykałem, jak alkoholik wódkę.

Potem zobaczyłem „depeszów”. Black Celebration. „Teraz albo nigdy”, pomyślałem i poprosiłem o włączenie płyty.

Wtedy stało się coś, czego się nie spodziewałem. Kakofonia ustąpiła miejsca melodii. Bezładne walenie w rury – mechanicznemu rytmowi. Najpierw szybkiemu, rockowemu, potem wolniejszemu, połamanemu, potem całkiem wolnemu, aby następnie ustąpić miejsca dwóm balladom…

…a potem Grzesiek przełożył na drugą stronę i zaczął się numer, którym mnie „kupili” dokumentnie: „A Question Of Time”. Odjechałem na dobre.

Wtedy, 24 grudnia 1991 roku, zostałem „depeszem”. Jedynym w całej klasie licealnej…

Clannad „Legend”

clannad_legend

…że niby co to ja nie mam na winylu, tak?

Każdej niedzieli, mniej więcej w okolicach 14:30, wszystkie place zabaw, podwórka i ulice pustoszały, bo właśnie zaczynał się „Robin z Sherwood”. Do dziś jestem fanem pierwszych dwóch serii, tych z Robinem w wersji „Brunet”.

Chyba nie było żadnej osoby, która nie była oczarowana ścieżką dźwiękową z tego serialu. Moja obecna żona, jeszcze w okresie narzeczeńskim, sprezentowała mi „Legend” na kompakcie.

Na longplay trafiłem zupełnie przypadkowo w nieistniejącym już antykwariacie w Rzeszowie, na ulicy Kolejowej. Decyzja mogła być tylko jedna…

Breakout „Kamienie”

breakout_kamienie

Urodziłem się w Rzeszowie, dorastałem pod Rzeszowem, dwa lata „ogólniaka” w Rzeszowie to najpiękniejszy okres mojego młodzieńczego życia.

Do Rzeszowa przyjeżdżałem zawsze, żeby nie zapomnieć skąd jestem i utrzymywać znajomości, podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych („…ale PO CO ty tam tyle jeździsz?!?!”).

W Rzeszowie poznałem miłość swojego życia. Zostałem tu na stałe, ożeniłem się, zamieszkałem, pracuję, zarabiam, żyję i realizuję swoje pasje.

Z Rzeszowa pochodzi facet, którego podobizna jest na okładce tej płyty. Facet, który zarządził, że jego zespół nie będzie grał „mocnego uderzenia”, tylko ROCKA. Facet, który – o ile mi wiadomo – pierwszy w Polsce zaczął grać na gitarze z przesterem. Tak jak Tommy Iomi, Jimmy Page czy Ritchie Blackmore.

Facet, który zainspirował mnie do tego, żeby w wieku czterdziestu lat kupić gitarę i nauczyć się na niej grać.

Więc gram – a raczej brzdąkam akordy i próbuję śpiewać. Podobno głos mi się po kilku procentach poprawia.

I podobno wykon „Jest gdzieś taki dom” Breakout wychodzi mi całkiem nieźle…

Pean na cześć pewnej wkładki gramofonowej.

Przyznam się bez bicia – zaniedbałem trochę ten blog. Założenie było – i wciąż jest – takie, że wbijam, co mi mózg wymyśli spontanicznie, w miarę dostępności wolnego czasu.

Z tym wolnym czasem ostatnio różnie bywa, ze względu na obowiązki zawodowo-domowe. Nowa praca, nowe wyzwania, gdzieś więc blog odszedł „na bok”.

Do rzeczy.

Zauważyłeś już zapewne, Drogi Czytelniku, że kilka moich rozważań na temat płyt skupia się na nośniku winylowym. Tak, jest to moje preferowane medium. Nie, nie jestem jednym z tych „millenialsów” nagle zajaranych „wintydż haj-faj”(rocznik 1976 – hellou – nazwa bloga!!).

Czarne płyty towarzyszyły mi zasadniczo całe życie, od najmłodszych lat. Były integralną częścią mojej – zakończonej już – kariery DJskiej. Doświadczenia oraz przyjemność obcowania z tym nośnikiem sprawiły, że po zakwaterowaniu pod nowym, stałym adresem w Polsce, siłą rzeczy zacząłem kolekcjonować longplaye – zarówno „z epoki”, jak i nowe, obecnie wydawane.

Postaram się w miarę możliwości i dostępności wolnego czasu pisać nieco więcej o swojej kolekcji i o muzyce, która mi w życiu towarzyszy.

Dziś chciałem podzielić się swoimi doświadczeniami z użytkowania dwóch wkładek gramofonowych. Jedną posiadam dłużej, drugą krócej. Jedna jest droższa, druga – tańsza. Jedna uchodzi za audiofilską, druga zaś jest reklamowana jako towar przeznaczony dla DJów.

Pierwsza: Audio Technica AT120E/T, obecnie z igłą z nowszej wersji tej wkładki, to znaczy ATN-120Eb. Szlif eliptyczny.

at120et

Druga: Shure M44G. Szlif sferyczny.

shure-m44g

Wydawałoby się, że droższa, z natury audiofilska wkładka powinna moim „uszom” bardziej się podobać…

AT-120E/T posiadam od końca 2014 roku. Do dziś pamiętam, jak jej brzmienie z wrażenia wbiło mnie w fotel. Podobało mi się zwłaszcza „wyciąganie” wysokich tonów w starszych, polskich płytach – było do zauważalne w porównaniu do ich zachodnich odpowiedników, które brzmiały o wiele dynamiczniej.

„Szczura” M44G nabyłem na początku 2016 roku. Powodem była chęć spróbowania nieco innego brzmienia, w rezultacie zmiany wzmacniacza (był Technics SU-V460, jest Onkyo A-8450).

Producent niesłusznie reklamuje produkt jako wkładkę dla DJ-ów. Jej konstrukcja pozostaje niezmieniona od samego początku jej produkcji – lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku.

A jak „toto” gra?

U „szczura” dźwięki nieznacznie zlewają się, tworząc harmonie. „Środek” wypełnia i otacza słuchającego, bas schodzi nisko i łaskocze podbrzusze, górne rejestry są łagodniejsze i stonowane, nieco wypłaszczone. Właśnie te środkowe rejestry najbardziej przypadają mi do gustu. Gitara elektryczna brzmi mięsiście, ma moc, bas i perkusję „czuć”.

Audio Technica nie ma tej naturalności. Tutaj panuje wrażenie, jakby każdy instrument pracował osobno. Góra jest wyostrzona, precyzyjna, nieco agresywna i dominująca. Środek – wyciszony, wycofany. Basy brzmią nieco syntetycznie, schematycznie, nienaturalnie. Całość sprawia jednak dobre wrażenie, aczkolwiek porównując jedną wkładkę obok drugiej, w Audio Technice wychodzi na wierzch jej „laboratoryjne” brzmienie.

Werdykt?

W zasadzie jest to ciągła walka o to, co mi się bardziej podoba. Shure daje o wiele bardziej organiczne, naturalne i zrównoważone brzmienie. Audio Technica – sterylne, laboratoryjne, analityczne.

W końcowym rozrachunku – jednak Shure. Pomimo sferycznego szlifu igły i pojawiających się w trakcie odsłuchu niektórych polskich płyt sybilantów. Na dłuższą metę naturalne brzmienie tej wkładki mnie uspokaja, podczas kiedy analityczność Audio Techniki zdarza się być denerwująca.

Wiadomo, każdy ma inne „ucho” – w moim subiektywnym przypadku wygrywa Shure, właśnie ze względu na przyjemniejsze brzmienie.

…a w tym wszystkim chodzi o to, że ma to być przede wszystkim przyjemność!

Trochę o błocie…

Znowu mnie TAM poniosło. Usiedzieć w miejscu nie mogłem, normalnie. Wolny weekend (w nowej pracy nieregularna opcja), pogodynka w internetach zapowiada słońce, więc…

Więc jadę.

Sam.

Miała być, oczywiście, ekipa. Jednak wyszło solo, z różnych przyczyn… Spakowałem klamoty, obrałem kurs na południowy wschód i dotarłszy do Wetliny, zostawiłem wehikuł u „Niedźwiedzia” na nocowanie.

Uzupełniam zakupy w „abecaku”, posilam się kombinacją bułki z pasztetem drobiowym oraz batonika Anny Lewandowskiej i ruszam. Kierunek: Przełęcz Orłowicza.

Jest siódma trzydzieści rano. Sobota, ósmy października. Szczyty toną w chmurach. Słońca – ani śladu. „Dam radę”.

20161008_134100

Pierwsza awaria miała miejsce w momencie rozkładania kijków trekkingowych. Kręcę, kręcę – no żesz jasna cholera, gwint nie łapie. Zerwany pewnie…

Cóż, mają te kilkanaście lat, musiały w końcu skapitulować. Nie będę narzekał…

Bez dodatkowych punktów podparcia, odciażających kolana, podążam w górę. O dziwo – idzie mi się dobrze, mimo odruchowo nieco pochylonej sylwetki. Prowiant oraz klamoty w plecaku nieco ciażą.20161008_082937

Plan wędrówki układał się mniej-więcej od roku. Buzowała mi w głowie od dłuższego czasu idea przejścia obu połonin – Wetlińskiej i Caryńskiej – w ciągu jednego dnia. Potem – „się zobaczy”…

Albo nocleg w Kolibie i Bukowe Berdo, albo nocleg w Bacówce pod Rawkami i powrót do Wetliny Działem. Zależy od samopoczucia.

Pierwsze zaskoczenie następuje na Przełęczy Orłowicza: osiągam ją po zaledwie godzinie i dwudziestu minutach wędrówki. „Niezła kondycja” – myślę. Na wszelki wypadek zjadam jedną trzecią tabliczki czekolady.

Na szlaku – poza dwójką turystów zmierzających z Jaworca na Smerek – żywego ducha. Na razie. Pięć minut oddechu i ruszam w kierunku Chatki Puchatka.

20161008_084641

Na szczycie – mgła i śnieg. Widoczność około sto, może stopięćdziesiąt metrów. Idę równym krokiem, mijam wąski przesmyk w zagajniku, za chwilę znana polanka przed Osadzkim Wierchem…

…zaraz, zaraz, to JUŻ??? Normalnie nie wierzę…

20161008_084657

Rzeczywiście – po niespełna czterdziestu minutach marszu teren znów zaczyna się piąć ku górze. Rozpoczyna się podejście pod Osadzki Wierch. Słońce niesmiało zaczyna się przedzierać przez chmury, a ja napieram pod górę.

20161008_094224

Leżący śnieg nie przeszkadza. Szczyt osiągam po około godzinie i piętnastu minutach wędrówki od  Przełęczy Orłowicza. Chmury zostały w dole, nade mną piękny błękit, tu i ówdzie poprzerywany szarymi obłokami.

Pierwsze spowolnienie nastąpiło na dość stromym zejściu z góry, w kierunku schroniska. Brak kijków tym razem przeszkadza – brakuje mi chwilami dodatkowego oparcia, a fatalnie rozwiązane, prowizoryczne „barierki” i „schodki” nie pomagają.

W Chatce jestem po około godzinie od zejścia z Osadzkiego Wierchu. W nogach czuję zejście, a to dopiero połowa drogi. Czas jest dobry – jedenasta z minutami.

20161008_094322

Wchodzę do izby, „sadzam” plecak na ławie i posilam się spakowanym prowiantem oraz gorącą herbatą. Po chwili siada obok „typowy Janusz” z „typową Grażyną” w wariancie „górscy turyści”. „Na chama” cisną w moją stronę, zero „dzień dobry, przepraszam, czy można?”.

Nie tracę czasu – zbieram klamoty i udaję się w kierunku Brzegów, stromym zejściem z Połoniny Wetlińskiej. Poniżej skał, śnieg ustępuje miejsce błotu, które utrudnia zejście. Znów doskwiera brak kijków, but tu i ówdzie ślizga się, a ja – wolniej niż zazwyczaj – podażam w dół.

Krótki stop w Brzegach – i w dalszą drogę. Znów błoto. Znów trzeba uważać przy zejściu obok strumienia – niby łagodnym, jednak w zaistniałej sytuacji dającym popalić. A potem w górę.

20161008_095641

Znów postój w znajomej wiacie, znów lekki posiłek, żeby nie „wysiąść” na finałowej, znanej już dobrze stromiźnie.

Stromiźnie z „bonusem”.

Błoto.

Tym razem przeszkadza również na podejściu. Dzień jest ciepły, śnieg na szczytach topnieje, spływa w dół, rozpuszcza glębę tworząc…

Błoto.

Podeszwy kompletnie zapchane, ślizgają sie, jakoś trzymam fason, nie wywracam się, napieram do przodu, byle bliżej celu… Mały kryzys dopada mnie przed tuż przed tym krótkim wypłaszczeniem, pod samym szczytem.

20161008_100727

Mam do tego momentu jeszcze jakieś 10 metrów w pionie, więc zaciskam zęby i idę, żeby tam odpocząć i odetchnąć chwilę, mimo, że ciągle to wszystko utrudnia mi…

Błoto.

Jest! Upragniony moment oddechu. Staję, napawam się widokiem – widzę, że nie tylko ja jestem w tej sytuacji. Na „carycy” tłumy. Brak tych cholernych, popsutych kijków jednak doskwiera, a sytuację potęguje…

…zgadliście. BŁOTO!!!

20161008_122139

Byłby to niezły refren piosenki heavymetalowej. Obowiązkowo wyryczany. Ech…

Zrobiłem to. Stanąłem na szczycie. Piętnaście minut po odpoczynku na wypłaszczeniu. Po drodze jeszcze z zadowoleniem zauważyłem, że źródełko pod Caryńską znowu bije…

Dwie połoniny w jeden dzień. W śniegu. W błocie. Bez kijków, od których chyba trochę się uzależniłem.

Naprawdę, takie małe nic, ale jednak ułatwia sprawę.

20161008_134054

Cel osiągnięty, ale okupiony zmęczeniem i skurczami. Dawno tak nie miałem. Ale jest powód do dumy – wstydu nie było, siedem godzin na szlaku. Gdyby nie błoto, pewnie byłoby szybciej…

Jak sobie wcześniej obiecałem, robię analizę sytuacji. Do „Koliby” godzina z „hakiem”, do „Bacówki” – niecała godzina.
„Zobaczymy jak będzie na zejściu, oby nie było masakry…” – myślę sobie, udając się w kierunku Przełęczy Wyżnej „zielonym”.

I znowu – błoto…

20161008_135058

Zejście jest strome. Nieprzyjemne. Śliskie. Męczące jak diabli. Trzeba patrzeć pod nogi, obserwować każdy swój krok, żeby nie pośliznąć się.

Czterdzieści minut dłuży się w nieskończoność…

W tym momencie zdaję sobie sprawę, że jeszcze gorzej będzie na stromym zejściu do Wetliny z Działu. Odpuszczam drugi dzień. Nie tym razem…

…na wiosnę?

Bieszczadowanie latem

Część 3: Opłakane skutki doraźnych rozwiązań.

Trzeci i ostatni dzień naszego wakacyjnego wypadu zaczął się nieco później, niż poprzednie dwa. Plan na dziś: Mała i Wielka Rawka, a potem powrót Działem. Kolejna z moich ulubionych tras, z uwagi na to, że Dział nie jest tak uczęszczany, jak początkowy odcinek. Ale po kolei…

Spod „abecaka” zabiera nas mikrobus na Przełęcz Wyżniańską. Szlak na Rawki z tego wyjścia jest jednym z najbardziej uczęszczanych, na dodatek wyśmienita pogoda ściąga wielkie rzesze turystów. Cały czas jedziemy w sznurze samochodów, z których część skręca na parking na Przełęczy Wyżnej, inna część – na parking w Berehach, a większość pozostałych – na parking „pod Rawkami”. Dalej jadą dwa, może trzy. Sezon…

Szlak, jaki stąd podąża w kierunku szczytu, każdy, kto był w Bieszczadach zna. Łagodnie do schroniska, ale w pełnym słońcu, potem – od schroniska – las, ale przez godzinę stromo. Kondycja dopisuje, na Małej Rawce jestem przed „rozkładowym czasem”, lepsza połówka idzie troszkę wolniej.

Delektujemy się jednym z najpiękniejszych widoków, jakie Bieszczady nam oferują: obie połoniny, Szeroki Wierch, Tarnica… „Jednak tutaj jest ładniej niż w Pieninach, bardziej mi się podoba…”

20160826_120627

Tradycji nie stało się zadość. Pierwszy raz od długiego czasu na Rawkach nie wieje, nie chmurzy się, mgły się nie przewalają, na niebie ani jednej chmury, wieje lekki wiatr, a temperatura oscyluje się w okolicach „komfortowych” 25 stopni.

Na szlaku – tłumy. Większość idzie z Przełęczy Wyżnej na Małą a potem Wielką Rawkę, wracając potem „niebieskim szlakiem” do Ustrzyk Górnych. Część zmierza w kierunku Kremenarosa. Nieliczni udają się tam, gdzie my: Działem do Wetliny. Przed nami dwie i pół godziny podziwiania widoków połonin i słowackich Bieszczadów w ciszy i spokoju, bez tłumu i żadnych niespodzianek.

20160826_120611

Niespodzianka jednak jest. Jedna. A nawet dwie. Lewa i prawa. A raczej lewy i prawy.

Buty.

Prymitywne cholerstwo, doraźnie zakupiony wyrób obuwiopodobny w Solinie  wrzyna się w moje palce przy każdym zejściu. Zero amortyzacji, czuję każdy kamyk pod nogą, każde zejście to męczarnia dla moich stóp. Nie pomaga zmiana wiązania. Dobrze, że chociaż podeszwa nie ślizga się na gdzieniegdzie błotnistym gruncie w trakcie finałowego zejścia do Wetliny. Trzysta peelenów wyrzucone w błoto.

Cierpię katusze i pluję sobie w brodę, że jednak nie pojechałem do Leska w środę…

Ironia losu jest taka, że rozważałem zakup nowego obuwia przed wyjazdem, ale obejrzywszy swoje stare, dobre Sundownery stwierdziłem, że jeszcze nie teraz. Cóż, peszek…

Bite siedem godzin marszu kończymy w schronisku Pod Wysoką Połoniną – naszej bazie. Zmieniając obuwie czuję jedną z największych ulg, jakie w życiu doznałem…

Posilamy się „daniem dnia” (wycieczka – „nie mamy niestety nic oprócz dania dnia”), zwijamy namiot i wyjeżdżamy. I znowu żal, znowu to dziwne uczucie smutku, jakie zawsze mi towarzyszy, kiedy stąd wyjeżdzam.

Wrócę tu szybciej, niż poprzednio.

Bez tych cholernych, doraźnych środków zapobiegawczych w postaci „obuwia” Regatta Outdoors.

Bieszczadowanie latem.

Część 2: Grunt to dobry plan.

Rabia Skała. Niby nic. Kawałek urwiska w lesie z obowiązkowym tarasem widokowym. Bezpłatnym.

Gdyby był własnością Bieszczadzkiego Parku Narodowego i znajdował się na jego terytorium, z pewnością musiałbym płacić haracz. Na szczęście jest na terenie Słowacji – jakieś dwadzieścia metrów od granicy.

Wreszcie tu jestem – po tylu latach planowania: że to już, że teraz, że tym razem na pewno.

Na moje szczęście nie jest to takie „rondo wokół szczytu”, jak w przypadku Trzech Koron. Mam lęk przestrzeni – ilekroć tam jestem, dobrą chwilę zajmuje mi oswojenie się z blisko 400-metrową przepaścią poniżej.

Tutaj tego nie ma. Taras zlokalizowany jest w przyjemnym zagajniku, chroniącym nas przed grzejącym, późnosierpniowym słońcem. Siadamy, wyciągamy nasze puszki z zupą chmielową i celebrujemy osiągnięcie kolejnego miejsca, w którym wcześniej nie byliśmy.

„My” – czyli ja i moja lepsza połówka, Ania. Łyknęła bakcyla.

20160825_093200

Trzy i pół godziny marszu wynagrodzone jest znalezieniem się w miejscu magicznym. Bez tłumów „niedzielno-wakacyjnych” bieszczadzkich turystów, dla których te góry kończą się na połoninach, Tarnicy i Rawkach. Nieliczni spotkani ludzie pozdrawiają, uśmiechają się, zatrzymują na chwilę, zagadują. Czuję się, jakby czas cofnął się o te piętnaście lat wstecz.

Dojście nie jest łatwe. Najpierw – ponad kilometr asfaltu, pod górę, na otwartej przestrzeni. Potem – strome podejście błotnistą ścieżką. Bez wypłaszczeń. Chwilę oddechu zapewnia dopiero Jawornik, ze swoim wypłaszczeniem.

Potem – nieco w dół, a następnie kolejne podejście. Strome. Porównywalne z tym, na Małą Rawkę. Bez ułatwień. Bez barierek. Bez schodów. Pod górę.

Wysiłek wynagradza szczyt Paportnej. Rozciąga się stąd przepiękny widok na zachodnią część Bieszczadów, Smerek i Połoninę Wetlińską. Przy odrobinie szczęścia i dobrej pogodzie można dostrzec nawet Tatry. My to szczęście mamy.

To na Paportnej zatrzymujemy się na przerwę. Delektujemy i chłoniemy widok. Nieco w oddali – czerwony szlak beskidzki, Jasło, Okrąglik… Wracają wspomnienia z zeszłorocznej wyprawy. Pięknie tu jest…

20160825_124240

Wracając – niestety – wybieramy zielony szlak, schodzący w okolice kościoła w Wetlinie. Niestety – ponieważ zejście jest strome, śliskie, kamieniste, poprzegradzane jakimiś dziwnymi wynalazkami w postaci desek o wysokości około pół metra, ustawionych pionowo w poprzek szlaku. Te czterdzieści minut jest chyba bardziej męczące od trzech i pół godziny wędrówki pod górę.

Docieramy do bazy, po drodze zahaczając o Zajazd Pod Połoniną, gdzie posilamy się pierogami. W tym momencie zaczynam czuć dość nieprzyjemny ból w stopach. Na nogach mam wczorajszy zakup – doraźny – buty niby-turystyczne, niby-górskie Regatta Sport.

Stare, dobre Vasque Sundowners nigdy tak bolesne nie były. Doraźny, awaryjny zakup zaczyna powoli doskwierać…

C.D.N.

Bieszczadowanie latem.

Część 1: Awaria i zakup doraźny.

Dużo zmieniło się od ostatniego wpisu. Nowa praca, nowe wyzwania, nowi ludzie, nowa, pozytywna energia. Czasu niby mniej, a jednak jakoś więcej. Ludzie – wspaniali. Ale to temat na inne rozważanie…

Jestem dziwnym egzemplarzem gatunku homo sapiens. Mam bardzo osobliwą przypadłość: kilka razy do roku odczuwam potrzebę wyjazdu w Bieszczady. Tak stało się i tego lata. Nowa praca wymaga planowania takich eskapad z „małym” wyprzedzeniem, więc zarezerwowawszy wcześniej odpowiednią ilość wolnych dni, zapakowałem klamoty do wehikułu i w towarzystwie lepszej połówki, w środę dwudziestego czwartego dnia sierpnia obrałem kurs na Wetlinę.

Na miejsce dotarliśmy nieco przed ósmą rano. W powietrzu wisi szarzyzna, przyjemna bryza pieści nos. Z racji późniejszej potrzeby urządzenia noclegowni, pierwszego dnia udajemy się na Smerek przez Przełęcz Orłowicza. Trasa średnio – krótka, „na rozchodzenie”.

20160824_100648

Sierpień, końcówka wakacji, a narodu co niemiara. Na nasze szczęście pochmurny poranek zniechęca gawiedź do wczesnych wypraw, z czego korzystamy w trybie natychmiastowym. Słońce zaczyna przebijać się nieśmiało przez dziury w obłokach, kiedy osiągamy wiatę i zatrzymujemy się na krótki postój.

Dalej – wiadomo: skałki, krótki moment „w dół” i finalne podejście. Kończy się las, zaczyna Połonina Wetlińska, a chmury, które niedawno wydawały się być wysoko, przewalają się tuż nad głowami. Trudno – myślę – widoków nie będzie tym razem, ale napieramy.

Szczyt osiągamy po dwóch godzinach z małym „hakiem” – mam satysfakcję, że w czasie lepszym od „rozkładowego”. W tym momencie zauważam pewną ciekawostkę: chmury zakrywają szczyt, a w dolinie świeci słońce. Na dodatek temperatura tutaj nie rozpieszcza – przezornie zabrana kurtka okazała się przydatna.

Chwila relaksu, podziwiamy niecodzienny widok, robimy zdjęcia – i powrót. W tym momencie dobiegać zaczyna jakiś odgłos, zbyt równomiernie towarzyszący moim krokom. Zatrzymuję się, patrzę – a tu zewnętrzna część podeszwy moich piętnastoletnich buciorów postanowiła złożyć wniosek o separację ze skutkiem natychmiastowym. Najpierw w lewym, a chwilę później również i w prawym bucie.

„Eee tam, kupi się ‚super klej’, sklei się i nie ma sprawy”, myślę naiwnie kontynuując marsz. Na moje szczęście separacja ograniczyła się do rejonu pod piętą, podeszwa utrzymała swoje właściwości i szczęśliwie dotarłem do końca szlaku, udając się z miejsca do „abecaka” w celu zakupu klejącego specyfiku w ilości sztuk czterech.

20160824_103439

Po ściągnięciu obuwia sprawa okazała się bardziej skomplikowana: pianka amortyzująca wewnątrz podeszwy zaczęła się wykruszać i jakiekolwiek klejenie było wykluczone. Taka doraźna naprawa spowodowałaby skrzywienie podeszwy, która nie była już idealnie równa. Pozostał tylko doraźny zakup nowej pary obuwia. Tylko gdzie?

Wetlina – odpada. Cisna – może. Tomek, gospodarz schroniska, poleca sklep w Lesku albo Ustrzykach Dolnych. Niby blisko, ale jednak kawał drogi…

Chwila, moment – przecież „coś” jest w Solinie. Tam widziałem sklep 4F w zeszłym roku. Tak! Jedziemy!

Malownicza, kręta droga przez Terkę i Wołkowyję tym razem dłuży się niemiłosiernie. W końcu jesteśmy u celu. Tłumy, tłumy, wszędzie ludzie… Krupówki przy tym to pikuś…

JEST!!!

Polowy sklep 4F zaprasza. Wpadam i… mina mi rzednie. Obuwia turystycznego: 0 (słownie: ZERO). Pytam więc o konkurencję…

„Tak, jest taki sklep ale po drugiej stronie…”

„Ulicy?”

„Zapory…”

Klnąc w myślach, idziemy przez „Krupówki Podkarpacia”. Wypogodziło się już całkowicie, tłumy wyległy i tradycyjnie zdezorganizowały pieszą komunikację na deptako-koronie.

Jest drugi brzeg. Gówniane disco polo atakuje z wesołego miasteczka z lewej, smród pstrąga smażonego w starym oleju z prawej… Tylko gdzie ten sklep?

JEST!!!

Regatta Outdoors. Mają buty za kostkę! Nawet wodoszczelne i podeszwa niby-antypoślizgowa… Vibram to nie jest, ale da radę – myślę…

Przymierzam – jest OK. Pytam, czy mogę w nich wyjść – nie ma sprawy. Rozchodzić trochę trzeba przed jutrzejszym, długachnym wypadem. Płacę, stare „niu balansy” wkładam do reklamówki i wracam z lepszą połówką przez nieszczęsną zaporę i krupówkopodobny deptak do samochodu.

Do Wetliny dojeżdżamy w porze kolacyjnej. Rozbijam namiot, pompuję materac, a nowe buty…

…nowe buty dziwnie jakoś „leżą” mi na nogach. Niby fajnie, ale czuję przez podeszwę wszystko, na co nadepnę. Hmm…

C.D.N.