Trochę o błocie…

Znowu mnie TAM poniosło. Usiedzieć w miejscu nie mogłem, normalnie. Wolny weekend (w nowej pracy nieregularna opcja), pogodynka w internetach zapowiada słońce, więc…

Więc jadę.

Sam.

Miała być, oczywiście, ekipa. Jednak wyszło solo, z różnych przyczyn… Spakowałem klamoty, obrałem kurs na południowy wschód i dotarłszy do Wetliny, zostawiłem wehikuł u „Niedźwiedzia” na nocowanie.

Uzupełniam zakupy w „abecaku”, posilam się kombinacją bułki z pasztetem drobiowym oraz batonika Anny Lewandowskiej i ruszam. Kierunek: Przełęcz Orłowicza.

Jest siódma trzydzieści rano. Sobota, ósmy października. Szczyty toną w chmurach. Słońca – ani śladu. „Dam radę”.

20161008_134100

Pierwsza awaria miała miejsce w momencie rozkładania kijków trekkingowych. Kręcę, kręcę – no żesz jasna cholera, gwint nie łapie. Zerwany pewnie…

Cóż, mają te kilkanaście lat, musiały w końcu skapitulować. Nie będę narzekał…

Bez dodatkowych punktów podparcia, odciażających kolana, podążam w górę. O dziwo – idzie mi się dobrze, mimo odruchowo nieco pochylonej sylwetki. Prowiant oraz klamoty w plecaku nieco ciażą.20161008_082937

Plan wędrówki układał się mniej-więcej od roku. Buzowała mi w głowie od dłuższego czasu idea przejścia obu połonin – Wetlińskiej i Caryńskiej – w ciągu jednego dnia. Potem – „się zobaczy”…

Albo nocleg w Kolibie i Bukowe Berdo, albo nocleg w Bacówce pod Rawkami i powrót do Wetliny Działem. Zależy od samopoczucia.

Pierwsze zaskoczenie następuje na Przełęczy Orłowicza: osiągam ją po zaledwie godzinie i dwudziestu minutach wędrówki. „Niezła kondycja” – myślę. Na wszelki wypadek zjadam jedną trzecią tabliczki czekolady.

Na szlaku – poza dwójką turystów zmierzających z Jaworca na Smerek – żywego ducha. Na razie. Pięć minut oddechu i ruszam w kierunku Chatki Puchatka.

20161008_084641

Na szczycie – mgła i śnieg. Widoczność około sto, może stopięćdziesiąt metrów. Idę równym krokiem, mijam wąski przesmyk w zagajniku, za chwilę znana polanka przed Osadzkim Wierchem…

…zaraz, zaraz, to JUŻ??? Normalnie nie wierzę…

20161008_084657

Rzeczywiście – po niespełna czterdziestu minutach marszu teren znów zaczyna się piąć ku górze. Rozpoczyna się podejście pod Osadzki Wierch. Słońce niesmiało zaczyna się przedzierać przez chmury, a ja napieram pod górę.

20161008_094224

Leżący śnieg nie przeszkadza. Szczyt osiągam po około godzinie i piętnastu minutach wędrówki od  Przełęczy Orłowicza. Chmury zostały w dole, nade mną piękny błękit, tu i ówdzie poprzerywany szarymi obłokami.

Pierwsze spowolnienie nastąpiło na dość stromym zejściu z góry, w kierunku schroniska. Brak kijków tym razem przeszkadza – brakuje mi chwilami dodatkowego oparcia, a fatalnie rozwiązane, prowizoryczne „barierki” i „schodki” nie pomagają.

W Chatce jestem po około godzinie od zejścia z Osadzkiego Wierchu. W nogach czuję zejście, a to dopiero połowa drogi. Czas jest dobry – jedenasta z minutami.

20161008_094322

Wchodzę do izby, „sadzam” plecak na ławie i posilam się spakowanym prowiantem oraz gorącą herbatą. Po chwili siada obok „typowy Janusz” z „typową Grażyną” w wariancie „górscy turyści”. „Na chama” cisną w moją stronę, zero „dzień dobry, przepraszam, czy można?”.

Nie tracę czasu – zbieram klamoty i udaję się w kierunku Brzegów, stromym zejściem z Połoniny Wetlińskiej. Poniżej skał, śnieg ustępuje miejsce błotu, które utrudnia zejście. Znów doskwiera brak kijków, but tu i ówdzie ślizga się, a ja – wolniej niż zazwyczaj – podażam w dół.

Krótki stop w Brzegach – i w dalszą drogę. Znów błoto. Znów trzeba uważać przy zejściu obok strumienia – niby łagodnym, jednak w zaistniałej sytuacji dającym popalić. A potem w górę.

20161008_095641

Znów postój w znajomej wiacie, znów lekki posiłek, żeby nie „wysiąść” na finałowej, znanej już dobrze stromiźnie.

Stromiźnie z „bonusem”.

Błoto.

Tym razem przeszkadza również na podejściu. Dzień jest ciepły, śnieg na szczytach topnieje, spływa w dół, rozpuszcza glębę tworząc…

Błoto.

Podeszwy kompletnie zapchane, ślizgają sie, jakoś trzymam fason, nie wywracam się, napieram do przodu, byle bliżej celu… Mały kryzys dopada mnie przed tuż przed tym krótkim wypłaszczeniem, pod samym szczytem.

20161008_100727

Mam do tego momentu jeszcze jakieś 10 metrów w pionie, więc zaciskam zęby i idę, żeby tam odpocząć i odetchnąć chwilę, mimo, że ciągle to wszystko utrudnia mi…

Błoto.

Jest! Upragniony moment oddechu. Staję, napawam się widokiem – widzę, że nie tylko ja jestem w tej sytuacji. Na „carycy” tłumy. Brak tych cholernych, popsutych kijków jednak doskwiera, a sytuację potęguje…

…zgadliście. BŁOTO!!!

20161008_122139

Byłby to niezły refren piosenki heavymetalowej. Obowiązkowo wyryczany. Ech…

Zrobiłem to. Stanąłem na szczycie. Piętnaście minut po odpoczynku na wypłaszczeniu. Po drodze jeszcze z zadowoleniem zauważyłem, że źródełko pod Caryńską znowu bije…

Dwie połoniny w jeden dzień. W śniegu. W błocie. Bez kijków, od których chyba trochę się uzależniłem.

Naprawdę, takie małe nic, ale jednak ułatwia sprawę.

20161008_134054

Cel osiągnięty, ale okupiony zmęczeniem i skurczami. Dawno tak nie miałem. Ale jest powód do dumy – wstydu nie było, siedem godzin na szlaku. Gdyby nie błoto, pewnie byłoby szybciej…

Jak sobie wcześniej obiecałem, robię analizę sytuacji. Do „Koliby” godzina z „hakiem”, do „Bacówki” – niecała godzina.
„Zobaczymy jak będzie na zejściu, oby nie było masakry…” – myślę sobie, udając się w kierunku Przełęczy Wyżnej „zielonym”.

I znowu – błoto…

20161008_135058

Zejście jest strome. Nieprzyjemne. Śliskie. Męczące jak diabli. Trzeba patrzeć pod nogi, obserwować każdy swój krok, żeby nie pośliznąć się.

Czterdzieści minut dłuży się w nieskończoność…

W tym momencie zdaję sobie sprawę, że jeszcze gorzej będzie na stromym zejściu do Wetliny z Działu. Odpuszczam drugi dzień. Nie tym razem…

…na wiosnę?

Bieszczadowanie latem

Część 3: Opłakane skutki doraźnych rozwiązań.

Trzeci i ostatni dzień naszego wakacyjnego wypadu zaczął się nieco później, niż poprzednie dwa. Plan na dziś: Mała i Wielka Rawka, a potem powrót Działem. Kolejna z moich ulubionych tras, z uwagi na to, że Dział nie jest tak uczęszczany, jak początkowy odcinek. Ale po kolei…

Spod „abecaka” zabiera nas mikrobus na Przełęcz Wyżniańską. Szlak na Rawki z tego wyjścia jest jednym z najbardziej uczęszczanych, na dodatek wyśmienita pogoda ściąga wielkie rzesze turystów. Cały czas jedziemy w sznurze samochodów, z których część skręca na parking na Przełęczy Wyżnej, inna część – na parking w Berehach, a większość pozostałych – na parking „pod Rawkami”. Dalej jadą dwa, może trzy. Sezon…

Szlak, jaki stąd podąża w kierunku szczytu, każdy, kto był w Bieszczadach zna. Łagodnie do schroniska, ale w pełnym słońcu, potem – od schroniska – las, ale przez godzinę stromo. Kondycja dopisuje, na Małej Rawce jestem przed „rozkładowym czasem”, lepsza połówka idzie troszkę wolniej.

Delektujemy się jednym z najpiękniejszych widoków, jakie Bieszczady nam oferują: obie połoniny, Szeroki Wierch, Tarnica… „Jednak tutaj jest ładniej niż w Pieninach, bardziej mi się podoba…”

20160826_120627

Tradycji nie stało się zadość. Pierwszy raz od długiego czasu na Rawkach nie wieje, nie chmurzy się, mgły się nie przewalają, na niebie ani jednej chmury, wieje lekki wiatr, a temperatura oscyluje się w okolicach „komfortowych” 25 stopni.

Na szlaku – tłumy. Większość idzie z Przełęczy Wyżnej na Małą a potem Wielką Rawkę, wracając potem „niebieskim szlakiem” do Ustrzyk Górnych. Część zmierza w kierunku Kremenarosa. Nieliczni udają się tam, gdzie my: Działem do Wetliny. Przed nami dwie i pół godziny podziwiania widoków połonin i słowackich Bieszczadów w ciszy i spokoju, bez tłumu i żadnych niespodzianek.

20160826_120611

Niespodzianka jednak jest. Jedna. A nawet dwie. Lewa i prawa. A raczej lewy i prawy.

Buty.

Prymitywne cholerstwo, doraźnie zakupiony wyrób obuwiopodobny w Solinie  wrzyna się w moje palce przy każdym zejściu. Zero amortyzacji, czuję każdy kamyk pod nogą, każde zejście to męczarnia dla moich stóp. Nie pomaga zmiana wiązania. Dobrze, że chociaż podeszwa nie ślizga się na gdzieniegdzie błotnistym gruncie w trakcie finałowego zejścia do Wetliny. Trzysta peelenów wyrzucone w błoto.

Cierpię katusze i pluję sobie w brodę, że jednak nie pojechałem do Leska w środę…

Ironia losu jest taka, że rozważałem zakup nowego obuwia przed wyjazdem, ale obejrzywszy swoje stare, dobre Sundownery stwierdziłem, że jeszcze nie teraz. Cóż, peszek…

Bite siedem godzin marszu kończymy w schronisku Pod Wysoką Połoniną – naszej bazie. Zmieniając obuwie czuję jedną z największych ulg, jakie w życiu doznałem…

Posilamy się „daniem dnia” (wycieczka – „nie mamy niestety nic oprócz dania dnia”), zwijamy namiot i wyjeżdżamy. I znowu żal, znowu to dziwne uczucie smutku, jakie zawsze mi towarzyszy, kiedy stąd wyjeżdzam.

Wrócę tu szybciej, niż poprzednio.

Bez tych cholernych, doraźnych środków zapobiegawczych w postaci „obuwia” Regatta Outdoors.

Bieszczadowanie latem.

Część 2: Grunt to dobry plan.

Rabia Skała. Niby nic. Kawałek urwiska w lesie z obowiązkowym tarasem widokowym. Bezpłatnym.

Gdyby był własnością Bieszczadzkiego Parku Narodowego i znajdował się na jego terytorium, z pewnością musiałbym płacić haracz. Na szczęście jest na terenie Słowacji – jakieś dwadzieścia metrów od granicy.

Wreszcie tu jestem – po tylu latach planowania: że to już, że teraz, że tym razem na pewno.

Na moje szczęście nie jest to takie „rondo wokół szczytu”, jak w przypadku Trzech Koron. Mam lęk przestrzeni – ilekroć tam jestem, dobrą chwilę zajmuje mi oswojenie się z blisko 400-metrową przepaścią poniżej.

Tutaj tego nie ma. Taras zlokalizowany jest w przyjemnym zagajniku, chroniącym nas przed grzejącym, późnosierpniowym słońcem. Siadamy, wyciągamy nasze puszki z zupą chmielową i celebrujemy osiągnięcie kolejnego miejsca, w którym wcześniej nie byliśmy.

„My” – czyli ja i moja lepsza połówka, Ania. Łyknęła bakcyla.

20160825_093200

Trzy i pół godziny marszu wynagrodzone jest znalezieniem się w miejscu magicznym. Bez tłumów „niedzielno-wakacyjnych” bieszczadzkich turystów, dla których te góry kończą się na połoninach, Tarnicy i Rawkach. Nieliczni spotkani ludzie pozdrawiają, uśmiechają się, zatrzymują na chwilę, zagadują. Czuję się, jakby czas cofnął się o te piętnaście lat wstecz.

Dojście nie jest łatwe. Najpierw – ponad kilometr asfaltu, pod górę, na otwartej przestrzeni. Potem – strome podejście błotnistą ścieżką. Bez wypłaszczeń. Chwilę oddechu zapewnia dopiero Jawornik, ze swoim wypłaszczeniem.

Potem – nieco w dół, a następnie kolejne podejście. Strome. Porównywalne z tym, na Małą Rawkę. Bez ułatwień. Bez barierek. Bez schodów. Pod górę.

Wysiłek wynagradza szczyt Paportnej. Rozciąga się stąd przepiękny widok na zachodnią część Bieszczadów, Smerek i Połoninę Wetlińską. Przy odrobinie szczęścia i dobrej pogodzie można dostrzec nawet Tatry. My to szczęście mamy.

To na Paportnej zatrzymujemy się na przerwę. Delektujemy i chłoniemy widok. Nieco w oddali – czerwony szlak beskidzki, Jasło, Okrąglik… Wracają wspomnienia z zeszłorocznej wyprawy. Pięknie tu jest…

20160825_124240

Wracając – niestety – wybieramy zielony szlak, schodzący w okolice kościoła w Wetlinie. Niestety – ponieważ zejście jest strome, śliskie, kamieniste, poprzegradzane jakimiś dziwnymi wynalazkami w postaci desek o wysokości około pół metra, ustawionych pionowo w poprzek szlaku. Te czterdzieści minut jest chyba bardziej męczące od trzech i pół godziny wędrówki pod górę.

Docieramy do bazy, po drodze zahaczając o Zajazd Pod Połoniną, gdzie posilamy się pierogami. W tym momencie zaczynam czuć dość nieprzyjemny ból w stopach. Na nogach mam wczorajszy zakup – doraźny – buty niby-turystyczne, niby-górskie Regatta Sport.

Stare, dobre Vasque Sundowners nigdy tak bolesne nie były. Doraźny, awaryjny zakup zaczyna powoli doskwierać…

C.D.N.

Bieszczadowanie latem.

Część 1: Awaria i zakup doraźny.

Dużo zmieniło się od ostatniego wpisu. Nowa praca, nowe wyzwania, nowi ludzie, nowa, pozytywna energia. Czasu niby mniej, a jednak jakoś więcej. Ludzie – wspaniali. Ale to temat na inne rozważanie…

Jestem dziwnym egzemplarzem gatunku homo sapiens. Mam bardzo osobliwą przypadłość: kilka razy do roku odczuwam potrzebę wyjazdu w Bieszczady. Tak stało się i tego lata. Nowa praca wymaga planowania takich eskapad z „małym” wyprzedzeniem, więc zarezerwowawszy wcześniej odpowiednią ilość wolnych dni, zapakowałem klamoty do wehikułu i w towarzystwie lepszej połówki, w środę dwudziestego czwartego dnia sierpnia obrałem kurs na Wetlinę.

Na miejsce dotarliśmy nieco przed ósmą rano. W powietrzu wisi szarzyzna, przyjemna bryza pieści nos. Z racji późniejszej potrzeby urządzenia noclegowni, pierwszego dnia udajemy się na Smerek przez Przełęcz Orłowicza. Trasa średnio – krótka, „na rozchodzenie”.

20160824_100648

Sierpień, końcówka wakacji, a narodu co niemiara. Na nasze szczęście pochmurny poranek zniechęca gawiedź do wczesnych wypraw, z czego korzystamy w trybie natychmiastowym. Słońce zaczyna przebijać się nieśmiało przez dziury w obłokach, kiedy osiągamy wiatę i zatrzymujemy się na krótki postój.

Dalej – wiadomo: skałki, krótki moment „w dół” i finalne podejście. Kończy się las, zaczyna Połonina Wetlińska, a chmury, które niedawno wydawały się być wysoko, przewalają się tuż nad głowami. Trudno – myślę – widoków nie będzie tym razem, ale napieramy.

Szczyt osiągamy po dwóch godzinach z małym „hakiem” – mam satysfakcję, że w czasie lepszym od „rozkładowego”. W tym momencie zauważam pewną ciekawostkę: chmury zakrywają szczyt, a w dolinie świeci słońce. Na dodatek temperatura tutaj nie rozpieszcza – przezornie zabrana kurtka okazała się przydatna.

Chwila relaksu, podziwiamy niecodzienny widok, robimy zdjęcia – i powrót. W tym momencie dobiegać zaczyna jakiś odgłos, zbyt równomiernie towarzyszący moim krokom. Zatrzymuję się, patrzę – a tu zewnętrzna część podeszwy moich piętnastoletnich buciorów postanowiła złożyć wniosek o separację ze skutkiem natychmiastowym. Najpierw w lewym, a chwilę później również i w prawym bucie.

„Eee tam, kupi się ‚super klej’, sklei się i nie ma sprawy”, myślę naiwnie kontynuując marsz. Na moje szczęście separacja ograniczyła się do rejonu pod piętą, podeszwa utrzymała swoje właściwości i szczęśliwie dotarłem do końca szlaku, udając się z miejsca do „abecaka” w celu zakupu klejącego specyfiku w ilości sztuk czterech.

20160824_103439

Po ściągnięciu obuwia sprawa okazała się bardziej skomplikowana: pianka amortyzująca wewnątrz podeszwy zaczęła się wykruszać i jakiekolwiek klejenie było wykluczone. Taka doraźna naprawa spowodowałaby skrzywienie podeszwy, która nie była już idealnie równa. Pozostał tylko doraźny zakup nowej pary obuwia. Tylko gdzie?

Wetlina – odpada. Cisna – może. Tomek, gospodarz schroniska, poleca sklep w Lesku albo Ustrzykach Dolnych. Niby blisko, ale jednak kawał drogi…

Chwila, moment – przecież „coś” jest w Solinie. Tam widziałem sklep 4F w zeszłym roku. Tak! Jedziemy!

Malownicza, kręta droga przez Terkę i Wołkowyję tym razem dłuży się niemiłosiernie. W końcu jesteśmy u celu. Tłumy, tłumy, wszędzie ludzie… Krupówki przy tym to pikuś…

JEST!!!

Polowy sklep 4F zaprasza. Wpadam i… mina mi rzednie. Obuwia turystycznego: 0 (słownie: ZERO). Pytam więc o konkurencję…

„Tak, jest taki sklep ale po drugiej stronie…”

„Ulicy?”

„Zapory…”

Klnąc w myślach, idziemy przez „Krupówki Podkarpacia”. Wypogodziło się już całkowicie, tłumy wyległy i tradycyjnie zdezorganizowały pieszą komunikację na deptako-koronie.

Jest drugi brzeg. Gówniane disco polo atakuje z wesołego miasteczka z lewej, smród pstrąga smażonego w starym oleju z prawej… Tylko gdzie ten sklep?

JEST!!!

Regatta Outdoors. Mają buty za kostkę! Nawet wodoszczelne i podeszwa niby-antypoślizgowa… Vibram to nie jest, ale da radę – myślę…

Przymierzam – jest OK. Pytam, czy mogę w nich wyjść – nie ma sprawy. Rozchodzić trochę trzeba przed jutrzejszym, długachnym wypadem. Płacę, stare „niu balansy” wkładam do reklamówki i wracam z lepszą połówką przez nieszczęsną zaporę i krupówkopodobny deptak do samochodu.

Do Wetliny dojeżdżamy w porze kolacyjnej. Rozbijam namiot, pompuję materac, a nowe buty…

…nowe buty dziwnie jakoś „leżą” mi na nogach. Niby fajnie, ale czuję przez podeszwę wszystko, na co nadepnę. Hmm…

C.D.N.

Na zachód! Tam musi być jakaś cywilizacja – czyli „Clashes” subiektywnie…

na talerzu

Long play: „Clashes”. Artysta: Brodka. Stan wg Record Collectors Guide: New.

Brodka – „cudowne dziecko” „Idola”, artystka, która kroczy własnymi ścieżkami, nie oglądając się na obowiązujące trendy. Poszukująca, eksperymentująca, intrygująca… psychodeliczna?!?

Czekałem na tę płytę z niecierpliwością. W pewnym momencie nawet „muj dostafca” (parafraza tytułu jednej z płyt Kultu) poirytował mnie dość dokumentnie, wysyłając e-maila z informacją o… opóźnieniu premiery i tym samym dostawy longplaya (tak, tak – płytę zamówiłem na jedynym słusznym, woskowym nośniku). Cóż – trudno – poczekam, myślę sobie.

okładka - awers
Brodka „Clashes” – okładka – awers

Aż tu nagle w piątek trzynastego (!!! – niezłą datę dziewczyna wybrała sobie na premierę – przekora?) wpada mi sms, że płytę można odebrać. Hurra!!!

Więc jest. Trzymam w rękach, za chwilę wyląduję na talerzu gramofonu. Pierwsze, miłe zaskoczenie – informacja, że krajowy wydawca (Kayax Records) publikuje na podstawie licencji udzielonej przez PIAS Records. Tak tak – TEN(!!!!) PIAS od The Editors!!!

Drugie zaskoczenie – wcześniejsze – informacja, że płyta ukazuje się jednocześnie w całej Europie. Brodka przypuszcza szturm – czy się uda?

Trzecie zaskoczenie – ani jednego utworu w języku polskim. Wszystko w „mowie wspólnej”. Jak szturm, to szturm.

okładka - rewers
Brodka „Clashes” – okładka – rewers

Czwarte zaskoczenie – bardzo niemiłe – nie ma żadnej informacji na temat zawartych utworów. Zero tekstów, opisu kto na czym grał, kto produkował – nic! Są tylko artystyczne fotografie, kilka pamiątkowych pocztówek, kartka z kodem do ściągnięcia plików mp3 i tyle… Hmmm… Tu jestem zawiedziony, bo lubię czytać o tym, kto „maczał palce” w płycie.

Piąte zaskoczenie – sama płyta. Winyl w kolorze fioletowym (purpurowym? śliwkowym? Niech już Czytelniczki ocenią…) – a więc gramofon chyba zwariuje. Zobaczymy.

Mając wciąż z tyłu głowy numery, które znajdowały się na „Grandzie”, zastanawiam się, co tym razem ta dziewczyna wymyśliła. Gdzieś tam przewijał się w tle mojego życia promujący płytę singiel „Horses”, ale jakoś nie słuchałem go zbyt dogłębnie, oczekując płyty.

Płyta – start. Zaczyna się… dziwnie. „Mirror Mirror” to jakaś a’capella, potem pozytywka, gitara i bas… Spokojnie i przyjemnie.

Zaraz potem – singlowe „Horses”. Tym razem wsłuchuję się uważnie. Jest dobrze. Nóżka tupie, rytm twista, gitara o brzmieniu z lat 60-tych XX. wieku. Skojarzenia z muzyką z filmów Quentina Tarantino nasuwają się same.

koperta - rewers
Brodka „Clashes” – koperta – awers

Klimat zaserwowany w pierwszych dwóch utworach zasadniczo utrzymuje się w następnych numerach. Aranżacje są oszczędne, klimat „robi” gitara, perkusja, soczysty bas, organy, gdzieniegdzie smyczki… Podoba mi się realizacja tej płyty – brzmienie jest wyciszone, nieagresywne, nie atakujące uszu.

A same utwory? Cóż – hitów na miarę poprzedniej płyty tutaj nie będzie.  Zresztą – jest ona nagrana z myślą o zachodniej publiczności. To słychać – Brodka porusza się w rejonach, w które nie zapuszczają się producenci przebojów dla mas. Zamykający „Holy Holes” oraz wcześniejsze „Santa Muerte” mogą się ewentualnie nadawać na następne single.

Pierwsza strona się kończy. Ciekawostka – optyka bazująca na podczerwieni zareagowała prawidłowo i ramię wróciło na swoje miejsce. Pora przekręcić płytę…

koperta - awers
Brodka „Clashes” – koperta – rewers

Otwierający drugą stronę utwór „Haiti” z klimatami karaibskimi ma raczej niewiele wspólnego – to ballada, zrealizowana w klimacie poprzednich utworów. Po nim – walczyk „Funeral”. Ki licho? Klimat jak z jakiegoś horroru o Frankensteinie albo innym Drakuli. Aż się prosi klip w klimacie retro z salą tortur w tle. Trochę… dziwne to to.

Całe szczęście, że potem wszystko wraca do „normy” na tej płycie. „Up In The Hill” to fajny rock and roll w klimacie retro.  Najpierw takie trochę „Top 40” sprzed pięćdziesięciu lat z odrobiną psychodelii na koniec. Ma zadatek na singiel i może nawet na bycie hitem. Oby!

widokówki
Brodka „Clashes” – widokówki dołączone do płyty

A potem – ło matko!!! Rozstrojone gitary, sprzężenia, garażowa perkusja, wykrzyczany tekst, wariactwo, łomot po talerzach, fałszujące organy i… cisza! „My Name Is Youth” – póki co najlepszy numer na płycie. Punk rock w czystej postaci.

Trochę szkoda, że ten klimat nie ciągnie się dalej. Taki zryw, a potem spokój. Gitara plumka, Brodka pojękuje wokalizami, potem organy grają, Brodka śpiewa – za spokojne to trochę. Taki usypiacz – aż głowa robi się ciężka. I tak jest, niestety, do samego końca.

Piszę „niestety”, bo to, co Brodka ładnie budowała na pierwszej stronie longplaya, na drugiej niszczy. Wydaje mi się, że trzy ostatnie numery na tej płycie są najzwyczajniej w świecie niepotrzebne. Nie prezentują żadnej wartości dodanej – gdyby ostatnim był „My Name Is Youth”, sama płyta pozostawiłaby po sobie niezatarte wrażenie, a tak… Trochę szkoda.

Ilość utworów na płycie: 12. Mocnych: 8. Słabych: 4. Ulubiony: „Up In The Hill”.

 

Pierwszy raz…

Pierwszy raz…

…w Bieszczadach w tym roku.

Zdjęć nie będzie – przepraszam Cię, drogi Czytelniku, ale poświęciłem się przeżyciom i jakoś nie chciało się wyciągać „stupid phone’a” w celu namiętnego pstrykania. Zresztą – fotograf ze mnie jest marny.

Skład był tym razem pięcioosobowy: dwie dziewczyny, trzech facetów. Rodzinnie. Skrzyknęliśmy się jakiś czas temu, zaklepałem nocleg u „Niedźwiedzia” w Wetlinie i w sobotę z samego rana, zebrawszy ekipę, obrałem kurs drogowo-ziemny na południowy wschód.

Sprawnie docieramy na miejsce. Naturalnie, nasze przybycie nie mogło ujść uwadze „Niedźwiedzia”, który wita się z nami serdecznie. Widać, że pomału podnosi się na duchu i tryska swoim prawie-już-zwyczajnym humorem. Wróciło „psiakrew” w miejsce przecinka – znaczy jest dobrze.

Wojtek mówi, że fajnie byłoby udać się na inną górę, niż poprzednim razem. Proponuję Rawki i powrót „górą”, przez Wielki Dział. Dziewczyny nie protestują, młody się cieszy – idziemy.

Zakup prowiantu, pakowanie do plecaków i w drogę pod „abecaka”, gdzie czeka zielony, rozklekotany Volkswagen. Kierowca z góry pobiera opłatę i jedziemy na Przełęcz Wyżniańską. Wehikuł początkowo wlecze się przepisowo, ale w momencie, gdy szofer zauważa „uciekający piniądz”, zaczyna się wariacka jazda. Byle szybciej, byle wrócić i zebrać czekających na okazję…

Wyładowujemy się u celu i w drogę. Samo podejście na Małą Rawkę jest krótkie, ale strome. Wybijamy się z Bartkiem na prowadzenie, idąc własnym tempem. Dziewczyny po chwili pozostają nieco z tyłu, a Wojtek dodaje im animuszu i dotrzymuje towarzystwa.

Po godzinie jesteśmy na Małej Rawce. Czekamy na pozostałych…

Są! „Jezus, Maria, wy sobie tam idźcie dalej, ja tutaj posiedzę!!!” Aśka kapituluje i jak postanowiła – zostaje. Idziemy na Wielką Rawkę, siadamy na chwilę na skałkach i wracamy po paru minutach delektowania się widokiem gór, zalegających resztek  śniegu i podchmielonego jegomościa, który w wersji „topless” daje nura w zaspę, o mało co wcześniej nie spadłszy w znajdującą się tuż za nim przepaść…

Powrót – tak jak planowałem – Wielkim Działem. „Spokojnie, będzie cały czas w dół”…

Na szlaku – prawie żywego ducha. Borówki kwitną, trzmiele uwijają się przy ich zapylaniu, a my brniemy w kierunku powrotnym. Do Wetliny docieramy nieco po szesnastej, w bazie jesteśmy przed siedemnastą.

Widać, że „sezon” jeszcze nie jest rozpoczęty. Połowa barów i knajpek pozamykana jest jeszcze na cztery spusty. Łowisko pstrągów w Krzywem jeszcze nieczynne…

Na kolację udajemy się do „Biesiska” – jak się miało okazać, miejscówkę przejęła we władanie nowa ekipa. W środku jakoś tak… nowocześnie… Hmm…

…ale placki po bieszczadzku wciąż gigantyczne. Nawet w postaci „połówki”…

Następnego dnia psuje się pogoda. Śniadaniu towarzyszy dość obfity deszcz. Waham się, czy iść. Postanawiamy poczekać…

Deszcz przechodzi w lekką mżawkę. Kurtki mamy, ciepłą bieliznę również – idziemy! Dziewczyny tym razem kategorycznie odmawiają wędrówki. „Ja już nachodziłam się wczoraj po tych górach na następne dziesięć lat!!!” Jednak preferują klimaty „plaża & spa”…

Proponuję udać się na Smerek – w razie czego można wrócić się do Wetliny bez potrzeby łapania okazji. Idziemy we trzech. Szczyty są widoczne, aczkolwiek chmury przesuwają się tuż nad nimi. Przy odrobinie szczęścia widoki będą.

Trasę dzielę na etapy: wiata – Przełęcz Orłowicza – Smerek. Informuję towarzystwo, że ze względu na warunki w tych poszczególnych będziemy ewentualnie podejmować decyzje co do dalszej wędrówki.

Deszcz niemal ustaje, ale błoto jest. Trzeba uważać. Posuwamy się do przodu i w górę – na szczęście podeszwy spisują się na medal.

Docieramy do pierwszego postoju. Temperatura zauważalnie się obniża, a korony drzew i ich jednostajny szum oznacza, że na otwartej przestrzeni wieje niemiłosiernie. Na dodatek chmury obniżają się, a w lesie pojawia się mgła…

Uzupełniamy z Bartkiem zapasy energii (bułka, pasztet, kabanosy) i nagle…śnieg. Mój pierwszy na szlaku. Wojtek udaje się na pobliskie skały w celu wybadania sytuacji. Wraca po kilku minutach i melduje, że im wyżej, tym bardziej wieje i pada…

Cóż – wracamy. I tak wędrowaliśmy godzinę z małym „hakiem”. Powrót zajmuje nam również mniej-więcej tyle samo ze względu na śliskie podłoże. Po wyjściu z lasu widać, jak chmury, które jeszcze niedawno przesuwały się nad szczytem, teraz całkowicie zasłaniają góry…

Dołączamy do wyraźnie zadowolonych z siebie dziewczyn, które grzeją się przy rozpalanym przez „Niedźwiedzia” kominku. Humory dopisują.

Czas wracać… Po drodze odwiedzamy ponownie „Biesisko”, jemy obiad i udajemy się w drogę powrotną.

Za Baligrodem zaczynamy mijać jadące w przeciwnym kierunku kolumny samochodów. Same „zamiejscowe” tablice: PO, WR, WS, CT, LU, DZ…

Sezon się zaczyna…

Szybowce. Moja wielka, a nawet bardzo wielka pasja i miłość od najmłodszych lat.

Tak wielka, że… nawet miałem okazję trochę polatać nimi w charakterze pilota.

Kiedyś do tego wrócę…

…a na razie – kolejna porcja zdjęć, zrobionych w trakcie startów do konkurencji na zawodach Saris Cup 2009 w Krośnie.